Rozdział 1
Dźwięk towarzyszący zwarciu się ostrzy przerwał ciszę, jaka panowała na niewielkiej polanie położonej w samym środku Wielkiego Lasu u podnóża góry. Był to początek zimy. Niedawno jeszcze korony drzew pokryte były różnokolorowymi liśćmi a trawa mieniła się kolorami żółci i zieleni w promieniach jasnego słońca. Teraz to wszystko pogrążone było jakby w wiecznym śnie. Ziemię pokrywała gruba warstwa białego puchu, a drzewa skrzypiały pod naporem gwałtownego powiewu wiatru tak, jakby pochrapywały przez sen.
Naprzeciw siebie — jakby panujący chłód nie miał na nich wpływu — stali dwaj młodzi mężczyźni. Jeden, widocznie starszy od drugiego o jakieś cztery lub pięć lat posiadał czarne, krótko przystrzyżone włosy i oczy w kolorze głębokiej zieleni. Barwa jego skóry była dużo ciemniejsza niż u obywateli tych ziem, więc śmiało, można było stwierdzić, iż pochodzi z innego, dalekiego kraju. Na sobie ubraną miał białą, lnianą koszulkę bez rękawów, jasnobrązowe, skórzane spodnie obwiązane od kolan w dół ciemnym materiałem, tak aby szerokie nogawki nie wadziły podczas walki oraz dobrze skrojone buty z ciemnej skóry — najprawdopodobniej robione na zamówienie. Wydawałoby się, iż jest całkowitym przeciwieństwem swojego przeciwnika. Pierwszą rzeczą, jaka ich różniła była budowa ciała. Brunet był wyższy o co najmniej 15 centymetrów. Miał więc coś około dwóch metrów wysokości i silnie zbudowane ciało, którego pozazdrościć mógł niejeden królewski rycerz. Jednak młodszy mężczyzna również nie należał do tych niskich. Jak na obywatela Artei znacznie przekraczał średnią wzrostu swoich rówieśników. Posiadał metr i osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. W przeciwieństwie do swojego przeciwnika nie był tak bardzo umięśniony. Owszem, miał dobrze wyrzeźbione ciało, jednak był zgrabniejszy i zwinniejszy co dawało mu przewagę w tej walce. Prócz postury wyróżniali się też całkiem odmiennymi cechami wyglądu. Młodszy z nich posiadał włosy o niemal złotej barwie. Były trochę przydługie, przez co młodzieniec musiał związać je w niedbałego kitka na karku. Oczy miały niespotykany błękitny kolor, a szlachetne rysy twarzy czyniły go jeszcze przystojniejszym. Ubrany był w czarną lnianą koszulę, której długie rękawy podwinął na wysokość łokci, ciemnobrązowe, skórzane spodnie zwężone u dołu były idealnie przystosowane do walki w zwarciu oraz — w przeciwieństwie do swojego przeciwnika — zwykłe, skórzane buty myśliwskie. Mimo różniącego ich wyglądu oraz narodowości, z charakteru byli bardzo do siebie podobni. Dla obojga życie było najcenniejszą rzeczą na Ziemi. Zaprowadzenie sprawiedliwości i równości wśród zwykłych mieszkańców i rozpustnej szlachty było ich priorytetem.
W chwili kiedy po raz pierwszy po długim czasie ich ostrza znów się spotkały, odczuli jak bardzo druga strona urosła w siłę i nowe doświadczenia. Minął rok od ich ostatniej walki. Na ich usta mimowolnie wpłynęły uśmiechy, a serca mocniej zabiły pod wpływem rosnącej adrenaliny. Dawno nieczuli się tak szczęśliwi, jak tego dnia.
- Podrosłeś pięknisiu. - Odezwał się starszy z nich, w tym samym czasie przygotowując się do natarcia.
- Ty chyba za to przytyłeś od naszego ostatniego spotkania. Czyżby w mieście wiodło Ci się aż tak dobrze? - Młodszy z nich parsknął śmiechem na widok zdziwionej miny swojego przeciwnika. Jak dotąd Rion nie odważył się mu pyskować. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że brunet nie jest zadowolony z przymusowego zamieszkania w mieście, a sytuacja tam panująca nie sprzyja warunkom do życia.
- Podrosłeś pięknisiu. - Odezwał się starszy z nich, w tym samym czasie przygotowując się do natarcia.
- Ty chyba za to przytyłeś od naszego ostatniego spotkania. Czyżby w mieście wiodło Ci się aż tak dobrze? - Młodszy z nich parsknął śmiechem na widok zdziwionej miny swojego przeciwnika. Jak dotąd Rion nie odważył się mu pyskować. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że brunet nie jest zadowolony z przymusowego zamieszkania w mieście, a sytuacja tam panująca nie sprzyja warunkom do życia.
- Pyskaty się zrobiłeś. Chyba będę musiał nauczyć Cię szacunku wobec starszych. - Powiedziawszy to, starszy natarł z całej siły swoim ostrzem na miecz przeciwnika, w wyniku czego blondyn musiał cofnąć się parę kroków w tył, aby utrzymać równowagę.
- Ty za to powinieneś oduczyć się niedoceniania swoich przeciwników. - Blondyn odepchnął miecz mężczyzny, wykorzystując chwilę, kiedy ten się zachwiał i korzystając, ze swojej zwinności podciął mu nogi, sprawiając, iż ten z głośnym hukiem upadł na chłodne podłoże. Nie czekając, aż się podniesie, przyłożył mu ostrze do szyi. - Przegrałeś staruszku. - Uśmiechnął się dumny z wyniku tego starcia, po czym schował miecz do pochwy i wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny.
Brunet westchnął głośno i z wdzięcznością przyjął pomoc.
- Poprawiłeś się Rion. - Przyznał szczerze, po czym potargał włosy młodzieńca. - W końcu jesteś w stanie mi dorównać.
- Nareszcie to przyznałeś Amarze. - Blondyn uśmiechnął się pod nosem. Od dawna czekał na te słowa. Mimo iż od małego był uzdolniony w walce orężem, wciąż wiele mu brakowało do poziomu bruneta. Dzięki temu, iż przez ostatni rok jego trening był niemal spartański, mógł w końcu choć trochę zbliżyć się do poziomu swojego "brata".
- Ty za to powinieneś oduczyć się niedoceniania swoich przeciwników. - Blondyn odepchnął miecz mężczyzny, wykorzystując chwilę, kiedy ten się zachwiał i korzystając, ze swojej zwinności podciął mu nogi, sprawiając, iż ten z głośnym hukiem upadł na chłodne podłoże. Nie czekając, aż się podniesie, przyłożył mu ostrze do szyi. - Przegrałeś staruszku. - Uśmiechnął się dumny z wyniku tego starcia, po czym schował miecz do pochwy i wyciągnął dłoń w stronę mężczyzny.
Brunet westchnął głośno i z wdzięcznością przyjął pomoc.
- Poprawiłeś się Rion. - Przyznał szczerze, po czym potargał włosy młodzieńca. - W końcu jesteś w stanie mi dorównać.
- Nareszcie to przyznałeś Amarze. - Blondyn uśmiechnął się pod nosem. Od dawna czekał na te słowa. Mimo iż od małego był uzdolniony w walce orężem, wciąż wiele mu brakowało do poziomu bruneta. Dzięki temu, iż przez ostatni rok jego trening był niemal spartański, mógł w końcu choć trochę zbliżyć się do poziomu swojego "brata".
- Z dziadkiem wszystko dobrze? - Zapytał brunet po chwili ciszy. Spiął się, widząc, jak rozpromieniona twarz blondyna, staje się posępna.
- Jego choroba postępuje. - Szepnął błękitnooki. Na myśl o starszym mężczyźnie, który przyjął go pod swój dach, czuł ucisk w sercu. Dziadek Wastys był już sędziwego wieku. Niestety, zamiast umrzeć ze starości, zachorował na Piekielną Zgniliznę. Była to najgorsza znana temu królestwu choroba. Umierał na nią każdy, czy to dziecko, czy starzec. Nie było leku, który choć trochę uśmierzyłby olbrzymi ból spowodowany gniciem narządów wewnętrznych. Najgorsze jednak było to, że choroba ta ciągnęła się przez długie miesiące, a nawet lata. Wastys był najbardziej szokującym przypadkiem. Choroba prześladuje go już od sześciu wiosen, a mimo to nigdy nie narzekał na to, że coś go boli. Jednak ostatnio symptomy stają się coraz bardziej nieznośne, a staruszek nie ma już wystarczająco sił, aby samemu wstać z łóżka. Rion obawia się, że czas, jaki pozostał mężczyźnie, zbliża ku końcowi.
- Przybyłem w odpowiednim momencie? - Zapytał Amar czując jak gula rośnie mu w gardle. Bał się zadać to pytanie. Jakby nie było Wastys był jego dziadkiem i osobą, która wychowywała go od maleńkości.
- Myślę, że tak.
Więcej nie odezwali się ani słowem. W ciszy ruszyli w stronę drzew, kierując się ku wejściu na górę. Droga prowadząca z polany do starej chatki była dość długa, dzięki czemu Rion miał wystarczająco dużo czasu, aby oddać się wspomnieniom sprzed siedmiu lat.
- Jego choroba postępuje. - Szepnął błękitnooki. Na myśl o starszym mężczyźnie, który przyjął go pod swój dach, czuł ucisk w sercu. Dziadek Wastys był już sędziwego wieku. Niestety, zamiast umrzeć ze starości, zachorował na Piekielną Zgniliznę. Była to najgorsza znana temu królestwu choroba. Umierał na nią każdy, czy to dziecko, czy starzec. Nie było leku, który choć trochę uśmierzyłby olbrzymi ból spowodowany gniciem narządów wewnętrznych. Najgorsze jednak było to, że choroba ta ciągnęła się przez długie miesiące, a nawet lata. Wastys był najbardziej szokującym przypadkiem. Choroba prześladuje go już od sześciu wiosen, a mimo to nigdy nie narzekał na to, że coś go boli. Jednak ostatnio symptomy stają się coraz bardziej nieznośne, a staruszek nie ma już wystarczająco sił, aby samemu wstać z łóżka. Rion obawia się, że czas, jaki pozostał mężczyźnie, zbliża ku końcowi.
- Przybyłem w odpowiednim momencie? - Zapytał Amar czując jak gula rośnie mu w gardle. Bał się zadać to pytanie. Jakby nie było Wastys był jego dziadkiem i osobą, która wychowywała go od maleńkości.
- Myślę, że tak.
Więcej nie odezwali się ani słowem. W ciszy ruszyli w stronę drzew, kierując się ku wejściu na górę. Droga prowadząca z polany do starej chatki była dość długa, dzięki czemu Rion miał wystarczająco dużo czasu, aby oddać się wspomnieniom sprzed siedmiu lat.
*Ciąg dalszy akcji z prologu*
Zaraz po wyjściu z tunelu prowadzącego za miasto, Rion natknął się na obóz rycerzy królewskich. Pech chciał, że klapa wyjściowa znajdowała się zaledwie trzydzieści metrów od rozstawionych na niewielkiej polance blado żółtych namiotów o dość sporej wielkości. Najwyraźniej Kair nie zdawał sobie sprawy, że wpakował błękitnookiego w jeszcze większe bagno niż to z którego chłopak ledwie się wydostał. Jedyną dobrą rzeczą było to, że klapa w ziemi została zasłonięta przez bujne krzewy, które skutecznie ukryły ją przed wzrokiem rycerzy. Mimo tego jego sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. Zewsząd otaczały go ciasno rosnące, cierniste krzewy a jedyna droga jaką mógł się wydostać prowadziła przez obóz. Zacisnął dłonie na materiale luźnej, białej koszuli powstrzymując tym samym ich drżenie. Był przerażony. Miał zaledwie dwanaście lat a życie już rzucało mu kłody pod nogi. Wziął głęboki oddech próbując uspokoić oddech oraz wyciszyć myśli, które zaczęły błądzić wokół najczarniejszych scenariuszy. Przyszło mu do głowy aby wrócić do kuźni Kaira, jednak szybko odegnał tę myśl. Mężczyzna w dużym pośpiechu wyprowadził blondyna za miasto więc musiał mieć ku temu powody. Zapewne przewidział że to tylko kwestia czasu nim żołnierze zawitają w jego domu. Gdyby Rion teraz wrócił a okazałoby się, że rycerze królewscy przeszukują dom jego nauczyciela, nie tylko dałby się złapać, a w dodatku stałby się dowodem na to, iż Kair również maczał palce w planie przeprowadzenia zamachu na obecnego króla. Nie mógł ryzykować. Musiał znaleźć sposób na przemknięcie niezauważonym przez obóz.
Dwadzieścia następnych minut spędził w ukryciu obserwując krzątających się po obozie, rycerzy i ich giermków. Przez ten czas naliczył około ośmiu żołnierzy i sześcioro podwładnych im ludzi. Na polanie znajdowało się pięć dużych namiotów - każdy mógł spokojnie pomieścić czterech ludzi. Najwidoczniej rycerze którzy go ścigali wciąż być w mieście. Musiał przedostać się na drugą stronę łączki nim wrócą. Przez chwilę rozważał pomysł przedarcia się przez obozowisko nocą, kiedy rycerze pójdą spać. Nie był to najgorszy plan, jednak istniało ryzyko, że kiedy tylko wrócą z miasta wyślą inną grupę w celu przeszukania lasu, który był jego jedyną drogą ucieczki. Musiał jak najszybciej wydostać się z tego miejsca i oddalić na co najmniej piętnaście kilometrów. Dzięki temu zdobyłby przewagę. Nim rycerze wrócą i przegrupują się powinien być już wystarczająco daleko aby nie dali rady go złapać. Pozostawała kwestia tego jak ma przemknąć między uzbrojonymi po zęby ludźmi, tak aby go nie zauważyli? Udawać syna myśliwego, który był na polowaniu, zaszedł za daleko i zabłądził? To bezsensu. Przypomniały mu się słowa Semira, który opowiedział mu o zabitym chłopaku będącym tu na polowaniu. W dodatku jego blond włosy i niebieskie oczy..., po tym jak został zauważony przez rycerzy w chwili gdy wymykał się z domu, mógł stwierdzić iż wiedzą jak wygląda, więc nawet jakby udał zwykłego wieśniaka nikt by mu nie uwierzył i zostałby zabity na miejscu.
Jego rozmyślania nad planem ucieczki przerwało głośne rżenie konia i rosnące w obozie zamieszanie. Między namiotami biegał czarny, nieosiodłany ogier. Z krzyków giermków mógł wywnioskować, że coś go spłoszyło po czym wpadł w szał i wyrwał płotek do którego był przywiązany. Na twarz Riona wpłynął lekki uśmiech. To była dość niespodziewana ale i zbawienna szansa aby wyjść z ukrycia. Przez myśl mu nawet przemknęło, że to dzięki duchom jego rodziców którzy nawet po śmierci czuwają nad jego bezpieczeństwem. Giermkowie biegali w koło próbując uspokoić narwane zwierzę a rycerze przygotowywali się do zarzucenia pętel na jego szyję. Blondyn ostrożnie, upewniwszy się, że nikt przypadkiem nie patrzy w jego stronę opuścił prowizorycznie bezpieczną kryjówkę sprawdzając czy ma przy sobie wszystko co otrzymał od Kaira. Po cichu ruszył w stronę namiotów. Wszyscy byli na tyle zaabsorbowani kopiącym i rzucającym się na wszystkie strony ogierem, że niebieskooki bez żadnych komplikacji przebiegł między namiotami i zniknął w gęstwinie po drugiej stronie łączki. Ostrożnie, ale w miarę szybkim tempem przemieszczał się między drzewami. W dłoni ściskał niewielką mapkę, którą dał mu Kair. Kierował się na północ , w kierunku gór.
*Wydarzenia mające miejsce około dwóch tygodni po akcji w prologu*
Minęło dwanaście dni od ucieczki blondyna z miasta. Chłopiec mimo iż miał dopiero dwanaście lat i był to pierwszy raz kiedy sam opuścił rodzinne strony nie czuł strachu przed nieznanym. Do tej pory wraz z ojcem i bratem odwiedził tylko kilka okolicznych wiosek w promieniu nie więcej niż pięćdziesięciu kilometrów. Teraz, kiedy został pozbawiony rodziny, dobytku i spokojnej, bezpiecznej przyszłości z mieczem, sztyletem paroma ubraniami i sakiewką pieniędzy postawił krok na nowej, skrywającej wiele niebezpieczeństw i tajemnic drodze ku spełnieniu swoich celów. Po zobaczeniu na własne oczy okrucieństwa jakiego dopuszcza się król wobec swoich poddanych postanowił, że za wszelką cenę dowiedzie niewinności bądź słuszności czynów swojego ojca. Nie mógł mieć pewności że oskarżenia wysunięte wobec Alrosa Aragerta były fałszywe. Mimo iż chciał wierzyć, że jego ojciec jest niewinny, nie mógł wyciągać pochopnych wniosków. Zdawał sobie sprawę z wyniszczającego systemu panującego w królestwie, choć jak do tej pory nie doświadczył jego skutków na własnej skórze. Żyjąc jako syn hrabiego niczego mu nie brakowało lecz Alros zdołał nauczyć go, że pieniądz to nie wszystko a każdy człowiek jest sobie równy. Sytuacja w państwie z roku na rok ulegała pogorszeniu a to wszystko z winy obecnego króla, który nigdy nie powinien był zasiąść na tronie.
W przeciągu tych dwunastu dni od ucieczki z miasta, Rion przebył większość drogi, która prowadziła do punktu zaznaczonego na mapie. W czasie swojej podróży tylko dwa razy wkroczył do miasta w celu zebrania informacji i zakupu jedzenia na dalszą drogę. Obawiał się wejścia do miejscowości liczącej więcej niż kilkaset osób, zważywszy na to, że może być ścigany listem gończym, jednak ciekawość wzięła górę. Mógł być pewien, że wieść o udaremnieniu spisku przeciw obecnemu królowi rozniosła się po całym królestwie. Jednak myśl, że w mieście może poznać więcej szczegółów dotyczących oskarżeń jego ojca górowała nad uczuciem strachu.
Pierwsze z dwóch miast jakie odwiedził zupełnie różniło się od Oturanu w którym czasem bywał wraz z rodziną a częściej samemu. Miasto - Arukas - w którym obecnie się znajdował nie należało do najprzyjemniejszych. Mimo, że znajdowało się blisko granicy i było niemal odizolowane od wpływów króla, pogrążone było w głodzie, biedzie a także nękane przez wszelakie choroby. Przeważnie z winy króla, który żądał zbyt wysokich podatków miasta kończyły w takim stanie. Widać, te akurat było nękane przez coś innego. Rion naciągnął na głowę kaptur aby ukryć jasne, złociste włosy po czym ruszył przed siebie mijając bezdomnych, leżących pod ścianami sypiących się ze starości budynków a także ciemne, wąskie przejścia między zabudowaniami, które zionęły nieprzyjemnym chłodem. Nie chciał patrzeć na tych wszystkich, pogrążonych w żalu ludzi. Co prawda niebyli oni jedynymi obywatelami w tym mieście. Przez wyłożone kamieniem uliczki przechadzało się wielu, lepiej wyglądających ludzi. Niektórzy aż ociekali bogactwem i pewnością siebie. Wydawali się być całkowicie przyzwyczajeni do widoku umierających w nędzy i samotności pobratymców gdyż nie zwracali na nich zupełnej uwagi idąc przed siebie z uśmiechami na twarzy. Blondyn zatrzymał się przed kobietą na oko dwudziestoletnią, która siedziała pod jednym z walących się budynków. Była straszliwie wychudzona i poobijana a jej oczy zionęły pustką. Jedyną rzeczą jaka najprawdopodobniej trzymała ją przy życiu było małe zawiniątko, które z uczuciem przyciskała do piersi chcąc je ogrzać. Rion wzdrygnął się na ten widok, jednak nie był to odruch obrzydzenia. Wręcz przeciwnie. Był wstrząśnięty tym w jakich warunkach żyją Ci ludzie. Czuł nieprzyjemny ucisk w sercu kiedy kobieta trzęsąc się z zimna i głodu próbowała utrzymać swoje dziecko przy życiu nie mając czym je nakarmić. Nie myśląc wiele podszedł do najbliższego straganu i kupił kilka koców, ubrania, owoce i sporo suszonego mięsa, które powinno starczyć na jakiś czas. Po zapłaceniu wrócił z powrotem do kobiety, tym razem na tyle blisko, że zwróciła na niego uwagę. Powoli przysiadł przy młodej matce i z uśmiechem podał jej to co chwilę temu kupił dorzucając jeszcze trzy złote monety i pięćdziesiąt srebrników. Kobieta ze zdziwieniem ale i wdzięcznością przyjęła podarunek.
- Przepraszam, że nic więcej nie mogę dla was zrobić. - Wyszeptał po czym wstał i zaczął powoli kierować się ku głównemu rynkowi miasta. Kiedy odchodził jego uszu dobiegł cichy, zachrypnięty głos. Odwrócił się w stronę ciemnowłosej kobiety, która mimo brudnej, chudej twarzy obdarzyła go najpiękniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział.
- Dziękuję chłopcze. Dla mnie i mojego dziecka, znaczy to bardzo wiele.
Rion odwzajemnił uśmiech po czym ruszył przed siebie, nie patrząc w tył. Gdybym tylko posiadał moc dzięki której mógłbym pomóc im wszystkim... Przemknęło mu przez myśl.
Po paru minutach szybkiego marszu znalazł się w części głównej niewielkiego miasta. Sytuacja tam panująca potwierdziła jego przypuszczenia co do źródła problemu tego miejsca. Jego ojciec często wspominał, że wiele wsi i miast boryka się z tą 'zarazą'. Na samym środku placu stała drewniana scena, a wokół niej tłum ludzi przekrzykujących się i machających sakiewkami z pieniędzmi. Na podwyższeniu stał rząd nagich kobiet, dzieci a także paru mężczyzn. Ich ręce i nogi spętane były ciężkimi łańcuchami a twarze pozbawione emocji. W chwili kiedy stanęli na tej scenie pogodzili się ze swoim losem. Tylko te najmłodsze dzieci z niezrozumieniem i strachem wymalowanym na twarzach przyglądały się tłumowi kupców.
Rion zacisnął dłoń na rękojeści miecza ukrytego pod długim płaszczem i zagryzł dolną wargę. Czuł, że krew w nim wrze. Kiedy słuchał opowiadań ojca na temat handlu żywym towarem czuł gniew i obrzydzenie do ludzi, którzy się tym parali. Jednak zwykłe opowieści to nic w porównaniu z zobaczeniem tego na własne oczy. Odczuwał olbrzymią chęć rzucenia się w ten tłum wraz ze swym mieczem, jednak świadomość, że nic by to nie dało - zważywszy na przewagę liczebną i to, że zostałby szybko złapany i pozbawiony głowy - trzymało jego emocje w ryzach. Z obecną siłą mógł tylko stać i patrzeć jak ci ludzie są sprzedawani do niewoli za marne grosze. Dopiero teraz poczuł, że został całkiem sam. Że jest zbyt młody i zbyt słaby, aby kogokolwiek uratować. Jego rodzice chcąc chronić go za wszelką cenę oddali własne życia. W jego oczach zebrały się łzy bezsilności. Puścił rękojeść opuszczając ręce wzdłuż ciała. Chciał płakać, krzyczeć i zwyzywać cały świat za jego nieszczęście jednak wiedział, że jego życie wcale nie było a nawet teraz nie jest tak niesprawiedliwe jak tych ludzi na scenie jak i tych leżących na ulicach tego pogrążonego w chaosie miejsca. Zacisnął dłonie w pięści i poprzysiągł sobie w duchu, że stanie się silniejszy, zemści za swoją rodzinę i uchroni tylu ludzi, ilu zdoła przed niesprawiedliwością króla.
W mieście spędził coś około godziny kupując najpotrzebniejsze rzeczy. Nie chciał zatrzymać się na dłużej aby nie zwrócić na siebie zbędnej uwagi. Już przy wejściu wyłapał parę ciekawskich spojrzeń skierowanych na jego osobę. Jeśli chodzi o to czy był ścigany nie pomylił się ani trochę. Wszędzie w mieście, na ścianach budynków porozklejane były listy gończe. W armii mają kiepskiego rysownika. Stwierdził przyglądając się swojej podobiźnie nabazgranej na pożółkłej kartce. Z rysunku raczej nikt by go nie skojarzył jednak zaraz pod nim znajdował się pisemny opis wyglądu i przestępstw których się "dopuścił". Wnioskując z tego co o nim napisali, jego rodzina planowała zamach na życie króla a on sam zabił kilku rycerzy królewskich, podpalił rodzinną posiadłość niszcząc dowody zbrodni jego rodziny a na końcu uciekł kradnąc najszybszego konia rycerskiego tym samym gubiąc pościg. Niezłą bajkę wymyślili. Pomyślał i uśmiechnął się słabo. Zagwizdał cicho widząc jaką sumę przyznali za zabicie i przyniesienie jego głowy samemu królowi. 300 złotych monet... Zgniótł list gończy w dłoni po czym wyrzucił go za siebie i ruszył w stronę wyjścia z miasta. Tak tanio skóry nie sprzedam.
W czasie swojej wędrówki, drugim miastem do jakiego wstąpił blondyn był Eksas. Było dużo mniejsze od Arukas. Oba miasta nawet nie mogły równać się wielkością z Oturanem, jednakże oba podlegały temu samemu panu feudalnemu co było dość rzadko spotykane. Miast oraz miasteczek w północno-wschodniej części Królestwa było niewiele gdyż tutejsze tereny były gęsto zalesione i nierówne. Na każdego pana feudalnego przeważnie przypadało jedno miasto, jednak zdarzało się i tak, że Ci bardziej zaufani wchodzili w posiadanie dwóch bądź trzech, które znajdowały się w niewielkiej odległości od siebie. Tak było w przypadku Arukas i Eksas. Dzieliły je zaledwie cztery dni drogi pieszo a niecały jeden dzień jazdy powozem. Chociaż Rion wciąż miał zapasy jedzenia, które spokojnie wystarczyły by dotrzeć do celu swojej podróży, był ciekawy czy drugie miasto pod rządami tego samego człowieka było w równie opłakanym stanie. Można by pomyśleć, że to raczej oczywiste - skoro w jednym dopuszczony jest handel niewolnikami to w drugim też tak zapewne jest. Jednak niemożna być tego w stu procentach pewnym. W tych czasach panowie feudalni mający pod pieczą dwa bądź więcej miast oraz kilka wsi, wykorzystują jedno z miast do rozwoju handlu niewolniczego a drugie do prężnego rozwoju rzemiosła. Taki system - jak im się wydaje - przynosi duże zyski. Jednakże w rzeczywistości tak naprawdę więcej tracą niżeli zdobywają. Rion w swoim życiu przeczytał i wykuł na pamięć wiele książek, jednak najbardziej istotną wiedzę zdobył od swojego ojca. Alros prawie nigdy nie ukrywał niczego przed swoim synem. Od najmłodszych lat uczył blondyna jak prosperuje ich królestwo. Wbił mu do głowy wiele imion i nazwisk bogatych i wpływowych ludzi - tych którzy osłabiali ojczyznę a także tych, którzy starali się ją ratować. Stąd też dwunastolatek wiedział kim jest pan feudalny Arukas i Eksas a także zdawał sobie sprawę z błędu jaki popełnia handlując ludźmi. Tym mężczyzną był około sześćdziesięcioletni Rakir Iresko.
Chłopiec przekroczył kamienną bramę miasteczka na której wyryta była jego nazwa. Kiedy wchodził do Arukas nie było żadnej bramy mimo tego, że miejscowość była większa. Wystarczyło rzucić jedno spojrzenie by dostrzec jak bardzo te dwa miasta się od siebie różniły. W przeciwieństwie do Arukas w Eksas panował przepych. Budynki były jak nowe, ulice równo wybrukowane kamieniami, sklepy z pięknymi wystawami a w oddali widać było główny plac z olbrzymią, kamienną fontanną. Jedyną rzeczą, której tu brakowało to tłumy ludzi. Ulicą spacerowało ich tylko kilku - sądząc po ubiorze - bardzo zamożnych. Jest tak jak przewidywał blondyn. Rakir, pozbywa się biednych i zbędnych mu ludzi, sprzedając ich w Eksas. W tym mieście pozostawia tylko ludzi z wysokim wykształceniem i z talentem do zarabiania pieniędzy. Może jak na razie system ten sprawdza się bez zarzutu, jednak jeśli tak dalej pójdzie miasto stanie się całkiem wymarłe. Kiedy ilość mieszkańców drastycznie spada, tutejsze sklepy tracą również stałych klientów. Handel międzymiastowy nie jest na tyle dochodowy aby utrzymać małe i średniej wielkości sklepy więc w niedługim czasie bankrutują. W tym mieście Rion musiał działać ostrożniej niż w Arukas. Tam bez przeszkód i obaw gromadzili się przestępcy, kiedy tu zapewne żaden nie ośmielił się postawić stopy mimo wszechobecnego bogactwa, które tylko czeka aby ktoś je ukradł. A jaki był tego powód? Wystarczyło, że blondyn raz przeczesał wzrokiem zaciemnione uliczki między budynkami. Oprócz kilku przechodni w odległości około stu metrów od kamiennej bramy w ukryciu przyczajonych było czterech ludzi najprawdopodobniej byli to podwładni Rakira. Rion nie znał ani nie domyślał się powodu obecności tych ludzi. Nie chcąc zwracać na siebie ich uwagi ruszył przed siebie starając się utrzymać spokojne tępo. Skłamałby gdyby powiedział, że się nie boi. Czuł jak zimny pot oblewa jego ciało. Przecież Ci ludzie mogli polować właśnie na niego. Co jeśli ktoś z Arukas odkrył jego tożsamość i podążał za nim całą drogę do tego miasta tylko po to by powiadomić odpowiednie władze? Strach przed tą wizją sprawił że podświadomie przyspieszył chcąc jak najszybciej minąć uliczki z których zionęła czerń. Odetchnął z ulgą kiedy minąwszy kryjówki nikt za nim nie podążył. Po kilku minutach spokojnego marszu wyszedł na główny plac w kształcie kwadratu z wcześniej wspomnianą fontanną umiejscowioną pośrodku. To właśnie tu odbywały się główne wydarzenia tego miasta oraz był czymś w rodzaju punktu startowego tej miejscowości. W tym miejscu można było spotkać kilku bardów, podróżnych kupców oraz bajarzy. W Arukas dowiedział się tylko tyle o swojej sytuacji co przeczytał w liście gończym. Chciał wiedzieć co takiego mógł planować jego ojciec, że ściągnęło na ich rodzinę zagładę. A może to Zerion obawiał się wpływów Alrosa Aragerta, które mogły wpłynąć na jego pozycję jako króla? Rion sam nie wiedział kim tak naprawdę byli przyjaciele jego ojca. Wiele razy bywali w ich domu jednakże Alros nigdy nie pozwalał blondynowi na uczestniczenie w ich prywatnych naradach. Jego ojciec zawsze powtarzał, że to nic ciekawego i, że powinien iść pobawić się na dworze z rodzeństwem kiedy on będzie zajęty gośćmi. O tych ludziach wiedział tylko tyle, że część z nich musiała być kimś ważnym o czym świadczyły ich bogate stroje. Teraz wszystko powoli składało się do kupy. Co tak naprawdę stoi za waszą śmiercią? Jego burzę myśli przerwał przeciągły krzyk dobiegający zza jego pleców. Nie tylko on był zaskoczony. Kilku przechodniów obejrzało się w jego stronę a bardowie zaprzestali gry na instrumentach oraz śpiewu również wypatrując źródła krzyku. Obrócił się całym ciałem w stronę z której przyszedł naciągając w międzyczasie kaptur jak tylko się dało. Kilka metrów przed nim na ziemi leżał dziesięcioletni chłopiec. A właściwie nie tyle leżał co był do niej przyciskany. Rion otworzył szerzej oczy widząc czterech, wcześniej ukrywających się w zaułkach mężczyzn. Jeden z nich siedział na chłopcu okrakiem i boleśnie wykręcał mu rękę zmuszając tym samym do posłuszeństwa.
- Już ja Cię nauczę szczeniaku, szacunku wobec starszych. - Wychrypiał rudowłosy mężczyzna. Po mimice jego twarzy, Rion mógł bez problemu stwierdzić iż jest nie tyle wyprowadzony z równowagi co mocno wkurzony. Powoli wstał z chłopca po czym zmusił go aby podniósł się na klęczki. Prawą ręką wymierzył młodszemu mocny cios w szczękę powodując tym samym iż ciało malca po raz drugi uderzyło o wybrukowaną drogę. - Wstawaj! Jeszcze z Tobą nie skończyłem.
Dziesięciolatek nie drgnął nawet o milimetr. Pierwszą myślą jaka przyszła Rionowi do głowy była prawdopodobna śmierć dziecka. Mógł uderzyć głową o bruk i tym samym roztrzaskać czaszkę. Jednak po chwili skupienia wzroku na nieruchomym ciele, blondyn mógł dostrzec że klatka bruneta powoli, niemal niezauważalnie unosi się. Najwyraźniej zemdlał lub udaje martwego.
- Na co się patrzycie? Rozejść się! - Krzyknął jeden z czwórki mężczyzn. Pośród swoich towarzyszy jako jedyny posiadał czarne, długie włosy, przyprószone gdzieniegdzie siwizną. Prawą stronę jego twarzy przecinała długa od łuku brwiowego do lewego kącika ust, różowa blizna. Był wyższy oraz postawniejszy od swoich kompanów, a w pochwie przewieszonej na plecach niósł ogromny miecz.
Mieszkańcy w popłochu opuścili plac, natomiast wędrowni handlarze jak i muzycy zrobili to niechętnie i z ociąganiem. W ciągu minuty na wybrukowanej ulicy pozostało tylko sześć osób. Rion stał w miejscu i z przerażeniem wymalowanym na twarzy oglądał poczynania rudowłosego. Mężczyzna kopnął leżącego na ziemi chłopca, tak jakby ten był zwykłym kamykiem na jego drodze. Miał ogromną ochotę uciec tak jak tamci mieszkańcy ale jego sumienie mu na to nie pozwalało. Może i był przerażony ale na pewno równie mocno zdenerwowany. Poruszył go widok katowanego dziesięciolatka. Był od niego zaledwie dwa lata starszy, jednak czuł że jeśli mu nie pomoże będzie równie odpowiedzialny za jego pobicie co jego faktyczni oprawcy.
Dziesięciolatek nie drgnął nawet o milimetr. Pierwszą myślą jaka przyszła Rionowi do głowy była prawdopodobna śmierć dziecka. Mógł uderzyć głową o bruk i tym samym roztrzaskać czaszkę. Jednak po chwili skupienia wzroku na nieruchomym ciele, blondyn mógł dostrzec że klatka bruneta powoli, niemal niezauważalnie unosi się. Najwyraźniej zemdlał lub udaje martwego.
- Na co się patrzycie? Rozejść się! - Krzyknął jeden z czwórki mężczyzn. Pośród swoich towarzyszy jako jedyny posiadał czarne, długie włosy, przyprószone gdzieniegdzie siwizną. Prawą stronę jego twarzy przecinała długa od łuku brwiowego do lewego kącika ust, różowa blizna. Był wyższy oraz postawniejszy od swoich kompanów, a w pochwie przewieszonej na plecach niósł ogromny miecz.
Mieszkańcy w popłochu opuścili plac, natomiast wędrowni handlarze jak i muzycy zrobili to niechętnie i z ociąganiem. W ciągu minuty na wybrukowanej ulicy pozostało tylko sześć osób. Rion stał w miejscu i z przerażeniem wymalowanym na twarzy oglądał poczynania rudowłosego. Mężczyzna kopnął leżącego na ziemi chłopca, tak jakby ten był zwykłym kamykiem na jego drodze. Miał ogromną ochotę uciec tak jak tamci mieszkańcy ale jego sumienie mu na to nie pozwalało. Może i był przerażony ale na pewno równie mocno zdenerwowany. Poruszył go widok katowanego dziesięciolatka. Był od niego zaledwie dwa lata starszy, jednak czuł że jeśli mu nie pomoże będzie równie odpowiedzialny za jego pobicie co jego faktyczni oprawcy.
- A ty co tu jeszcze robisz? - Zwrócił się w jego stronę niski szatyn. - Jeśli nie chcesz skończyć jak ten smarkacz to uciekaj puki masz okazje. - Mężczyzna mógł mieć nie więcej niż 25 lat i zapewne był szlachcicem o czym świadczyła jego gładka skóra oraz drogie uzbrojenie.
Mimo ostrzeżenia, blondyn nie poruszył się nawet o centymetr. Stał w miejscu napinając mięśnie do granic możliwości i kalkulując jak duże ma szanse w starciu z czterema, doświadczonymi i uzbrojonymi po zęby przeciwnikami. Pech chciał, że były niemal zerowe. Chłopak westchnął przeciągle po czym upewniwszy się, że kaptur nie zsunie mu się z głowy, przyjął pozycje do ataku. Odsłonił miecz zawieszony za pasem przy biodrze po czym złapał za jego rękojeść.
- Patrzcie jaki chojrak się znalazł! Prawdziwy obrońca sprawiedliwości! - Zadrwił brunet. - I ma miecz! Chłopcy, wycofujemy się. To nie nasza liga! - Na sekundę przybrał poważny wyraz twarzy by po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem.
Riona nie zdziwiło zachowanie mężczyzny. Zdawał sobie sprawę, że wygląda komicznie z mieczem wielkością nieproporcjonalnym do jego wzrostu, jednak wykuwał go z myślą, że w ciągu najbliższych czterech lat dorośnie do władania nim. Poza tym nie był silny fizycznie. Oczywiście, dzięki licznym treningom wraz z bratem oraz ojcem odznaczał się większą siłą niż jego rówieśnicy, jednak w porównaniu z dorosłym mężczyzną jego szansa na zwycięstwo była nikła.
- Odpuść sobie dzieciaku. Nie mamy czasu się z Tobą bawić. - Mruknął w jego stronę rudowłosy. - Mamy lepsze zajęcia niż użeranie się z obrońcą sprawiedliwości.
- Katowanie dziesięciolatka? - Parsknął młody Aragert. - Nie wiedziałem, że jest na tyle silny aby musiało go gonić czterech chłopa. A może to wy nie dacie sobie rady z silniejszym niż dziecko przeciwnikiem? - Blondyn wiedział, że stąpa po cienkim lodzie, jednakże nie mógł powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów.
- Co za pyskaty gnojek. - Warknął długowłosy brunet. - Chyba powinienem nauczyć Cię pokory. - Powiedziawszy to sięgnął ręką za plecy po czym wyciągnął przed siebie długie i grube ostrze.Blondyn nie czekał długo na atak, mężczyzna z blizną rzucił się biegiem w jego stronę.
- Argo! Zostaw go! - Wykrzyczał rudzielec. Nie chciał zbędnych ofiar, szczególnie po ostatnim upomnieniu przez Iresko.
Ciemnowłosy nie słuchał, zawsze był porywczy i każdy w tym mieście wiedział że z nim się nie zadziera. Wycelował miecz w pierś dwunastolatka, jednak zamiast ludzkiego ciała, ostrze przecięło powietrze. Argo, rozkojarzony nieudanym atakiem, nie zdążył zarejestrować, że jego przeciwnik najzwyczajniej w świecie zrobił unik po czym podciął mu nogi tym samym sprawiając że ciężkie ciało z hukiem spadło na ziemie. Przeklął się w myślach za to, że nie docenił tego dzieciaka. Myślał, że to zwykły bachor który ukradł miecz ojcu i postanowił zabawić się w bohatera. W końcu nie każdy był w stanie z taką łatwością uniknąć jego ciosu.
Argo nie był jedyną zaskoczoną osobą w tym towarzystwie. Jego kompani stali osłupiali nie wiedząc czy powinni interweniować czy pozwolić aby akcja toczyła się sama. Rion w tym momencie był dumny z tego iż posiadał szybki czas reakcji. Gdyby nie to już dawno leżałby martwy we własnej kałuży krwi. Nie zawiódł swoich oczekiwań względem tych mężczyzn. Wszyscy czterej musieli być dobrze wyszkoleni o czym świadczyła prędkość z jaką poruszał się brunet. Mimo masywnego ciała był niesamowicie szybki.
- Ile masz lat dzieciaku? - Zapytał szatyn przyglądając się zakapturzonej postaci. - Zdejmij kaptur byśmy mogli ujrzeć twoją twarz. - Rozkazał.
- Poco wam ta wiedza? - Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Chcę wiedzieć. Odpowiedz. - Mimo swojej drobnej postury, brązowowłosy posiadał bardzo niski i donośny głos. Jego postawa wyrażała niezbitą arogancje i pewność siebie. Typowy zepsuty szlachcic. Rion mimowolnie prychnął pod nosem. - Bawi Cię coś?
- Nic wartego uwagi. - Uśmiechnął się cwaniacko, jednak mężczyźni niebyli wstanie tego dojrzeć gdyż zbliżał się wieczór a wraz z nim mrok. Odgadnięcia tożsamości młodzieńca również nie ułatwiał kaptur maksymalnie naciągnięty na jego twarz.
W czasie tej krótkiej wymiany zdań miedzy szatynem a błękitnookim, Argo zdążył podnieść się z bruku i z furią wymalowaną na twarzy wpatrywał się w drobną sylwetkę uzbrojonego chłopca. Już szykował się do kolejnego natarcia gdy jego uszu dobiegł nieprzyjemny chrapliwy głos. Należał on do ostatniego z czwórki wojowników.
- Uspokój się albo zostaniesz wydalony ze straży naszego pana i eksmitowany z miasta. - Mężczyzna mógł mieć tyle samo lat co ojciec Riona. Posiadał brązowe włosy splecione w krótki warkocz ułożony na lewym ramieniu a także przenikliwe, piwne oczy. - Wiesz czym grozi wylądowanie w Arukas. - Jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu. Tak jakby bawiło go wspomnienie tego miasta.
Brunet spiął się na ostrzeżenie mężczyzny. Rakir nieraz dawał mu upomnienie odnośnie jego zachowania. Ma na sumieniu więcej niż dziesięć żyć obywateli tego miasta, z czego pan feudalny nie jest zbyt zadowolony. Na ostatnim spotkaniu sześćdziesięciolatek przestrzegł go przed zabiciem kogoś bez jego zgody. W wypadku niesubordynacji Argo miał zostać natychmiastowo wywieziony do Arukas i sprzedany na targu niewolników. Z niechęcią schował miecz i wycofał się w stronę rudowłosego.
- A więc... kimkolwiek jesteś chłopcze radzę Ci w tej chwili opuścić plac. - Kontynuował młodszy szatyn. - W innym wypadku uznamy Cię za wspólnika tego młodego przestępcy.
- Przestępcy? - Powtórzył zaskoczony blondyn. - Ten dzieciak to przestępca? Może od razu przyznaj że seryjny morderca. Powinienem się bać? - Zapytał z wyczuwalną ironią.
- Słuchaj szczeniaku. - Jego do tej pory spokojny głos stał się nad wyraz ostry. - Nas jest tu czterech. Może i dałeś radę zaskoczyć mojego kolegę, ale to był jednorazowy wypadek. Nie doceniliśmy Cię. Mogliśmy przypłacić to jego życiem. Fakt, że dostaliśmy zakaz zabijania osób postronnych takich jak ty, jednakże wierzę, że nasz pan przymknie na to oko zważywszy na twoje zachowanie. - Zagroził młody szatyn. Miał już serdecznie dosyć użerania się z tym dzieciakiem.
- Czyli zabijając mnie nabawilibyście się kłopotów. - Blondyn przyswoił tą wiedzę z nieukrywaną radością. Jednak wiedział, że jedno złe posunięcie i naprawdę może zginąć. Ci mężczyźni mogą zaryzykować gniew swojego pana i po prostu zabić go pod pretekstem utrudniania im zadania.
- Dokładnie, więc zmywaj się stąd. - Odpowiedział mu rudowłosy pocierając jednocześnie kark. Był zmęczony całodniowym uganianiem się za dziesięcioletnim bachorem a myśl, że w domu czeka na niego młoda żona sprawiała, iż chciał jak najszybciej skończyć to zadanie oraz udać się na upragniony spoczynek.
- Odejdę jeśli wytłumaczycie mi powód dla którego katujecie te dziecko. - Powiedział dobitnie.
Rudowłosy westchnął przeciągle analizując wszystkie 'za' i 'przeciw' zabiciu tego zakapturzonego smarkacza. Po głębszym zastanowieniu postanowił odpowiedzieć nieznajomemu na jego prośbę. Wolał spędzić dwie minuty na rozmowie z "obrońcą sprawiedliwości" zamiast kilku godzin na kolanach przed Iresko.
- Dobra. Powiem Ci. - Zaczął. - Ten młodociany przestępca - Tu wskazał na wciąż nieprzytomnego lub udającego nieprzytomnego, chłopca. - Jest znanym w tej okolicy kieszonkowcem. Oprócz tego zdewastował pomnik naszego pana feudalnego, co było ogromną zniewagą. - Wyjaśnił. - To wszystko. Możesz już iść? - Spytał zrezygnowany.
- Chcecie go zabić za drobne kradzieże i niewinny wybryk? - Zapytał z niedowierzaniem blondyn, całkowicie ignorując pytanie swojego rozmówcy.
- Najlepiej stłamsić zło w zarodku. - Sprostował starszy szatyn.
Rion już chciał coś powiedzieć, jednak jego uwagę jak i wszystkich innych obecnych zwrócił przeciągły jęk. Czyli nie udawał. Pomyślał. Dziesięciolatek niezgrabnie podniósł się z bruku, rozglądając po zgromadzonych. Kiedy szok po uderzeniowy minął jego twarz wykrzywiła się w strachu i niezrozumieniu. Powinien już dawno nie żyć. Był tego pewien w chwili gdy został schwytany i pozbawiony przytomności. Wierzył, że już się nie obudzi.
- Ja... żyję? - Wychrypiał.
- Żyjesz, ale nie wiem jak długo jeszcze to potrwa. - Mruknął w jego stronę jasnooki. - Schowaj się za mną. - Polecił.
Brunet nie czekając na pozwolenie ze strony czterech mężczyzn, którzy wcześniej go gonili zerwał się do biegu pędząc w stronę zakapturzonej postaci. Po głosie i wzroście mógł stwierdzić, że był niewiele starszy od niego. Nie wierzył, że ten ktoś uratuje mu życie, jednakże był sposobem na jego przedłużenie.
- Co ty odwalasz? Mówiłeś, że jak dowiesz się co takiego zrobił to stąd odejdziesz! - Warknął Argo.
- Nie powiedziałem, że odejdę sam. - Oznajmił z wyższością.
- Wiedziałem, że trzeba było zabić go od razu. - Mruknął czarnowłosy w stronę towarzyszy.
Wszyscy czterej spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Po chwili dzierżyli w dłoniach miecze, które skierowane były w Riona.
- To ostatnie ostrzeżenie. Odejdź stąd i zostaw dzieciaka.
Blondyn nic nie odpowiedział. Ku zaskoczeniu wszystkich schował miecz i obrócił się na pięcie w stronę drugiego wyjścia z miasta, które było widoczne z głównego placu. Obejrzał się przez ramię na czterech, zwartych i gotowych do walki mężczyzn.
- Argo. - Zwrócił się po imieniu do mężczyzny z blizną. - Spodnie Ci spadły. - Dość oklepana zmyłka, ale zadziałała. Wszyscy odwrócili wzrok od dwójki chłopców i popatrzeli na wcześniej wspomniane spodnie, które spoczywały na swoim miejscu. Korzystając z rozproszonej uwagi przeciwników, Rion pociągnął chłopca za ramię i biegiem rzucili się w stronę ciemnych uliczek. Nim opuszczą miasto, będą musieli zgubić pościg. Na szczęście ta czwórka niebyła na tyle inteligentna aby zorientować się, że blondyn ich okłamał. Kiedy dotarł do nich ten fakt, chłopcy właśnie wbiegali do jednej ze szczelin znajdującej się między budynkami. Klnąc na swoją głupotę udali się w ślad za uciekinierami.
Rion oraz Azer - bo tak na imię miał niedawno uratowany dziesięciolatek - od jakiejś godziny biegali uliczkami Eksas z powodzeniem gubiąc ścigających ich wojowników. Kiedy blondyn był już pewien tego, że są w stu procentach bezpieczni zarządził dłuższą przerwę aby złapać oddech i obmyślić plan na wydostanie się z miasta. Mógł być niemal pewien, że wrogowie będą czekać przy bramach. Niestety miasto było obudowane dosyć wysokim murem, więc jedynym wyjściem były właśnie dwie bramy. Przez ciągłe uciekanie zdążył dowiedzieć się od tego chłopca tylko jak ma na imię i jak go złapali. Znali jego wygląd z opisów świadków więc namierzenie go nie było niczym szczególnie trudnym zwłaszcza, że w mieście było niewielu mieszkańców.
- A więc? - Zwrócił się do młodego bruneta. - Co zrobisz po opuszczeniu miasta?
- Nie wiem. - Świadomość tego, że niema gdzie się podziać ciążyła na nim niczym potężny głaz.
- Kieruje się do pewnego miejsca położonego na północy królestwa dwa dni drogi stąd. Możesz iść zemną. W tamtej okolicy, z tego co wiem jest niewielkie miasteczko. Jestem pewny, że znajdziesz tam schronienie. - Rion nie był do końca przekonany czy zabranie go ze sobą jest dobrym pomysłem. W końcu go nie zna. Nie wie jak zareaguje na jego jasne włosy i niebieskie oczy. Może go wydać kiedy tylko wkroczą do następnego miasta. Mimo tych obaw nie mógł zostawić go na pastwę losu. Chłopiec zapewne nigdy nie spędził nocy w lesie. Na każdym kroku może spotkać go niebezpieczeństwo w postaci dzikich zwierząt. Rion był przyzwyczajony do spania pod gwiazdami. Ojciec często zabierał go i jego brata na polowania, a później sam zapuszczał się w las aby odpocząć od treningów i nauki w domu. Z tym chłopcem mogło być inaczej. - Masz tu jakąś rodzinę?
- Mama zmarła gdy byłem młodszy a tata został wywieziony do Arukas w zeszłym miesiącu. Utrzymywałem się z kradzieży. - Odpowiedział szczerze. - Naprawdę mogę z Tobą pójść? - Zapytał niepewnie.
- Tak. Nie chcę Cię mieć na sumieniu. Ale musisz mi coś obiecać. Przysięgasz na własną krew, że nie złamiesz obietnicy, nieważne jak niewygodna by dla Ciebie była? - Kiedy chłopiec pokiwał głową i położył prawą dłoń na sercu w niemym geście złożenia obietnicy, Rion powoli i ostrożnie zdjął kaptur z głowy.
Młodszemu wyrwało się ciut za głośne "Ohhh..." przez co został natychmiastowo skarcony. Nigdy nie wiadomo czy ktoś nie czai się za rogiem.
- Jesteś tym chłopakiem z listu gończego? - Zadał pytanie Azer, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia.
- Tak. Jednak nie miałem nic wspólnego z zamachem na króla oraz zabiciem rycerzy królewskich czy skradzeniem im konia. - Rion prychnął na wspomnienie bajkowego opisu wydarzeń na jego liście gończym. - Musisz utrzymać moją tożsamość w tajemnicy. Przysiągłeś na własną krew. - Przestrzegł.
- Oczywiście. - Przytaknął dziesięciolatek. - Podobno tylko w królewskiej rodzinie występuje taki kolor włosów i oczu. Jak to możliwe, że ty je posiadasz? - Zapytał autentycznie ciekawy.
- Mój ojciec mówił, że jakaś moja prababka posiadała te cechy wyglądu i jak widać ujawniła się u mnie. - Wyjaśnił chłopak. To nie był pierwszy raz kiedy napotkał takie pytanie. Ludzie w Oturanie widząc go często szeptali między sobą a czasem odważyli się podejść i zapytać czy nie jest przypadkiem z rodziny królewskiej. Zawsze opowiadał im w ten sposób jak niegdyś ojciec odpowiedział tak samo na jego pytanie dotyczące tych cech.
- Rozumiem. A teraz... na co właściwie czekamy?
- Muszę obmyślić plan ucieczki z miasta. Bramy na pewno są obstawione. Tylko czekają aż się ujawnimy.
- Musimy wyjść którąś z bram?
Blondyn spojrzał na młodszego jak na niespełna rozumu człowieka. Są dwa wyjścia z tego miasta, a on się pyta czy musimy wyjść bramą? Rion podrapał się po głowie lekko wytrącony z równowagi.
- A co. Masz inny pomysł? - Zapytał z ironią.
- Tak. Tu niedaleko jest ukryte przejście w murze o którym niewiedzą strażnicy. Ojciec mówił, że wymykał się tamtędy za młodu. Raz mnie do niego zabrał. - Odpowiedział jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Blondyn siedział chwilę z niedowierzaniem wpatrując się w zażenowanego jego spojrzeniem chłopca. Po chwili wypuścił z płuc wstrzymywane do tej pory powietrze. Nawet nie wiedział kiedy przestał oddychać. Czuł, że niewidzialny ciężar spada mu z serca. Stresował się ewentualnym przebiciem przez bramę siłą. Widocznie duchy jego najbliższych wciąż nad nim czuwają, tak jak wtedy w obozie rycerskim.
- Prowadź. - Powiedział i uśmiechnął się zadowolony takim obrotem spraw.
Tajne przejście faktycznie znajdywało się niedaleko. Musieli przejść zaledwie sto metrów i już byli u celu. Azer wszedł za jakiś opuszczony stragan stojący przy murze, nakazując Rionowi aby robił to co on. Brunet podważył jakąś dużą klapę wbudowaną w ścianę muru po czym ją otworzył. Był to niewielkich rozmiarów tunel. Jednak wystarczał w zupełności aby niewielkiej budowy mężczyzna śmiało przebył go na klęczkach. Chłopcy kolejno weszli do środka zamykając uprzednio drzwiczki. Mur był szeroki na jakieś dwa metry więc już po chwili wyszli na zewnątrz. Wokół nich panowała niezmącona niczym ciemność oraz cisza. Zapadła noc. Mimo późnej pory i dnia pełnego wrażeń byli pełni energii. Pogoń już im nie zagrażała, teraz mogli powoli ruszyć przed siebie, prosto przez las. Rion twierdził, że muszą przejść kilka kilometrów zanim rozpalą ognisko i położą się spać. Lepiej odejść jak najdalej od murów miasta gdyż wartownik mógłby dostrzec ogień i wysłać zwiad. Azer przystał na tę propozycję zawierzając się opiece starszego towarzysza.
Po godzinnym marszu zatrzymali się na miniaturowej polanie, gęsto osłoniętej przez krzewy. Rion rozpalił ognisko po czym nakazał chłopcu położyć się spać. Trzymanie warty było niepotrzebne. Ogień odstraszał zwierzęta a poza tym błękitnooki miał wystarczająco lekki sen aby natychmiast obudzić się w razie kłopotów. Upewniwszy się, że ognisko nie zagaśnie poszedł w ślad za młodszym towarzyszem, również kładąc się do snu. Na szczęście - mimo nadchodzącej jesieni - noce wciąż były ciepłe. Jedyny koc jaki blondyn miał przy sobie, oddał Azerowi, samemu zasypiając w płaszczu.
O świcie pierwszy obudził się Rion. Upewniwszy się, że jego towarzysz wciąż smacznie śpi zabrał się za przygotowywanie śniadania. W niewielkiej torbie, którą nosił przy sobie trzymał jedynie niezbędne rzeczy - koc, jedną koszulę i spodnie na zmianę, bieliznę, mapę, kompas, sztylet oraz trochę prowiantu i bukłak z wodą. Jedzenia było zbyt mało jak na dwie osoby, lecz wystarczająco na jedną. Jasnooki westchnął na myśl, że będzie zmuszony coś upolować na obiad. Puki co pokroił lekko czerstwy chleb i ułożył na nim kawałki wędzonego mięsa. Jeśli chodzi o wodę, będą musieli podzielić się jednym bukłakiem. Po drodze powinniśmy natknąć się na jakąś rzekę. Przypomniał sobie. Weźmiemy więcej wody i złowię kilka ryb. Postanowił po czym zabrał się za budzenie kompana. Patrząc na ułożenie słońca na niebie można przypuszczać, że zbliżała się siódma rano. Podszedł do chłopca i brutalnie zdjął z niego koc.
- Wstawaj. Musimy za chwilę ruszać. - Oznajmił stojąc nad wpół śpiącym brunetem. - Trzymaj. - Podał mu chleb z mięsem a następnie wodę.
- Dziękuję. A ty? - Zapytał wymownie patrząc to na jedzenie, to na blondyna. Nie chciał aby jego wybawiciel oddawał mu swoje jedzenie. I tak był mu wdzięczny na ratunek.
- Zjem po drodze. - Jakby na potwierdzenie swoich słów wyciągnął z kieszeni suszoną wołowinę zawiniętą w szmatkę.
***
Droga do niewielkiego miasteczka położonego tuż na skraju Wielkiego Lasu u podnóża góry, zajęła im pół dnia dłużej niż Rion na początku zakładał. Spowodowane było to częstymi przerwami w wędrówce. Młodszy z chłopców - w przeciwieństwie do starszego nie był przyzwyczajony do tak dużego wysiłku fizycznego. Miasteczko niewiele różniło się od zwyczajnej, większej wsi. Odróżniało je od siebie - miniaturowy targ oraz nazwa. Wsie nie posiadały takich przywilejów.
- Nareszcie dotarliśmy. - Odetchnął z ulgą brunet. Mimo iż cieszył się, że to koniec tej wyczerpującej wędrówki, czuł ucisk w sercu. Dotarcie na miejsce było równoznaczne z rozstaniem się z Rionem. Chłopcy zdążyli zaprzyjaźnić się w ciągu tych kilkudziesięciu godzin, spędzonych razem.
- Nieszczególnie widzi mi się wkroczenie tam z tobą. - Oznajmił blondyn spoglądając razem z towarzyszem na miejscowość z małego wzgórza. - Wygląda mi na miejsce w którym każdy, każdego zna. Zapewne nawet tu dotarły moje listy gończe. - Westchnął.
Azer zdawał sobie sprawę, że nie może narażać przyjaciela na niebezpieczeństwo. Może i był młody ale również bardzo sprytny.
- Pójdę sam. Znajdę miejsce gdzie mnie przyjmą. Zapracuje na swoje utrzymanie i obiecuję, że już nic nigdy nie ukradnę. - Przysiągł. W czasie tych dwóch dni Rion dał mu wyraźnie do zrozumienia, że kradzież nie wyjdzie mu nigdy na dobre.
Jasnooki uśmiechnął się lekko po czym wyciągnął w stronę bruneta rękę chcąc się pożegnać. Chłopiec zrobił to samo. Uścisnęli sobie dłonie po czym blondyn naciągnął na głowę kaptur.
- Zmierzam do miejsca położonego głęboko w górach. - Wskazał palcem kierunek. - Droga nie jest szczególnie długa, więc całkiem możliwym jest, że niedługo Cię odwiedzę. - Powiedział pocieszająco. Wiedział, że chłopiec przywiązał się do niego, co w sumie działało w obie strony. Czuł się trochę jak starszy brat. Posmutniał na wspomnienie swojego rodzeństwa. Po chwili odepchnął od siebie czarne jak chmura burzowa myśli i na jego twarz po raz kolejny wpłynął uśmiech.
- Niedługo? To znaczy kiedy? - Ożywił się dziesięciolatek. - Pojutrze?
- Myślę, że potrwa to z miesiąc. Może nawet rok. - Przyznał blondyn studząc lekko zapał młodszego. Nie wiedział dokładnie gdzie znajduje się ta chatka do której zmierzał. Miał do dyspozycji jedynie mało szczegółową mapę i kompas. Inny problem stanowiło to co go tam czeka. Nie wiedział kogo lub czego ma się spodziewać.
- Będę czekał.
- A więc ruszam. - Rion odwrócił się od nowego przyjaciela i zostawiając go za sobą ruszył szybkim krokiem ku Wielkiemu Lasowi.
***
Mijały godziny a młody Aragert wciąż lawirował między wysokimi drzewami. Czuł jakby szukał igły w stogu siana. Mapa, którą dostał od Kaira na niewiele się zdała. Minęły ponad trzy godziny od momentu zapadnięcia zmroku, mimo to wciąż uparcie szukał tajemniczej chatki. Nie było z jego strony zbyt mądrym poruszać się w ciemności. Mógł dawno przeoczyć miejsce, którego szukał, mimo to odsuwał od siebie tę myśl. Dopadło go zniecierpliwienie. Był ciekaw kim jest człowiek, który ukrywa się w górach i dlaczego ojciec go do niego wysłał. Plątaninę myśli, która powoli doprowadzała go do szału przerwała strzała, która minęła jego nos zaledwie o centymetr i wbiła się w pień drzewa rosnącego po jego prawej stronie. Blondyn wstrzymał powietrze i zamarł w miejscu czekając na kolejny atak, który nie nastąpił. W zamian za to dobiegł go męski głos.
- Kim jesteś?
Kimkolwiek był właściciel owego głosu, nie wydawał się być zadowolony z obecności zakapturzonej postaci kroczącej w ciemności - prawdopodobnie na jego terenie. Rion postanowił nie prowokować przeciwnika do kolejnego strzału, tym razem w pełni celnego.
- Podróżnikiem. - Odrzekł starając się by jego głos nie zadrżał ze strachu. Mógł zginąć w każdej chwili. W tych ciemnościach był całkowicie bezbronny.
- A co taki zwykły podróżnik robi tutaj głęboko w górach, daleko od szlaku i na dodatek w środku nocy? Grzyby zbierasz? - Zapytał z wyczuwalną ironią.
Rion był w stu procentach pewien, że mężczyzna z którym rozmawia i którego jednocześnie nie widzi właśnie napiął cięciwę łuku mierząc strzałą prosto w niego.
- Szukam pewnego miejsca. - Przeklął w myślach słysząc swój słaby ton głosu. - Może wiesz gdzie się ono znajduje.
Blondyn przez chwilę stał w ciszy czekając na odpowiedź ze strony nieznajomego, jednak takowa nie nadeszła. Chłopak przez chwile rozglądał się wokół próbując dostrzec jakąś sylwetkę w ciemnościach. Kiedy już myślał, że został sam, tuż przy jego twarzy zapaliła się lampa olejna. Odskoczył przestraszony w tył. Tuż przed nim stał młody mężczyzna mający nie więcej niż osiemnaście lub dziewiętnaście lat. Miał dużo ciemniejszą karnacje niż mieszkańcy tego królestwa a zielone oczy przypominały te kocie. Rion rozluźnił się odrobinę widząc iż jego przeciwnik nie trzyma w dłoni żadnej broni.
- Kim jesteś? - Zapytał ciemnoskóry mężczyzna.
- Już mówiłem. Podróżnikiem. - Odparł nieco pewniej blondyn. Teraz kiedy widział swojego przeciwnika nie czuł tak dużej presji. Choć wciąż był zaskoczony tym, że udało mu się podejść tak blisko nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Odruchowo podniósł ręce do góry sprawdzając czy kaptur wciąż spoczywa tam gdzie powinien.
- Zdejmij go. - Rozkazał starszy mężczyzna. Kiedy Rion nie zareagował złapał za rękojeść ostrza zatkniętego za pas. - Albo sam to zrobię, a ty nie dożyjesz tej chwili. - Zagroził śmiertelnie poważnym tonem.
Aragert wzdrygnął się widząc powagę wypisaną na twarzy przeciwnika. Już chciał sięgnąć po miecz jednak powstrzymał go czubek ostrza przeciwnika, który znajdował się niebezpiecznie blisko jego serca.
- Nie radzę. - Warknął ciemnoskóry.
Rion już wiedział, że przegrał tę potyczkę. Powoli nie chcąc denerwować zielonookiego powtórnie podniósł ręce ku kapturowi po czym nieśpiesznie zsunął go z głowy ukazując swoje oblicze.
Nieznajomy zassał powietrze po czym szybko opuścił miecz i wetknął go z powrotem za pas.
- Trza było tak od razu. - Westchnął. - Nienawidzę robić z siebie takiego groźnego. Na imię mi Amar. Amar Rojd. - Przedstawił się tym samym wyciągając przed siebie dłoń. - Miło poznać.
Dwunastolatek stał w miejscu nieco zbity z tropu. Przed chwilą gość chciał go zabić a teraz przedstawia mu się i mówi, że miło mu go poznać. Mimo to uścisnął mu dłoń.
- Rion Aragert. - Powiedział cicho wciąż zastanawiając się co tu się właśnie odwala.
- Tak myślałem. Dziadek wspominał, że możemy się ciebie spodziewać w ciągu najbliższych lat. Nie sądziłem, że nastąpi to tak szybko. - Zaśmiał się tak jakby opowiedział co najmniej dobry kawał.
- Wiedzieliście, że mogę przybyć? Mój ojciec to przewidział? Wiedział, że zginie?! Wiedział, że wszyscy zginą?! - Oburzył się. Skoro tak, to dlaczego pozwolił aby jego rodzeństwo zostało zabite? Koreso i Amera! Zostali zamordowani z zimną krwią! Jego mała siostrzyczka miała dopiero sześć lat! Zacisnął dłonie w pieści. Czuł jak przydługie paznokcie przebijają skórę a z niewielkich ran spływa czerwona ciecz. Jak on mógł do tego dopuścić! Dlaczego tylko ja miałem przeżyć?!
- Uspokój się. - Upomniał go starszy chłopak. - Nic nie wiem o śmierci Pana Aragerta, jednak skoro tu jesteś to zgaduje, że jego plan się nie powiódł.
- Jaki plan? - Zapytał zaskoczony blondyn.
- Nie wiem zbyt wiele. Powinieneś porozmawiać z moim dziadkiem. - Odparł. - Chodź za mną. Jesteśmy niedaleko.
Riona niezbyt radowała świadomość, że jest zdany na całkiem obcego mu człowieka. Jednak chciał poznać prawdę. Chciał wiedzieć co stoi za śmiercią jego rodziny.
W trakcie spokojnego marszu minęli niewielki wodospad, którego woda spływała wąską rzeczką w dół góry ku rozległej dolinie a także kilka, niedawno ściętych drzew. Zatrzymali się po jakiś piętnastu minutach przed starym, obrośniętym mchem domku. Obok niego leżał stos drzew pociętych w równe deski, które zapewne miały służyć do wyremontowania zapuszczonej chaty. Stąd te łyse pnie po drodze. Pomyślał.
- Dziadku. Już jestem. Przyprowadziłem kogoś. - Powiedział Amar stojąc w wejściu chaty. Cofnął się kilka korków aby wypuścić ze środka wysokiego, lekko zgarbionego starca z długą siwą brodą. Na głowie, w miejscu gdzie powinny znajdować się włosy miał wytatuowane dziwne wzory. Skóra była nieco ciemniejsza niż jego wnuka, jednak ciężko było stwierdzić jak bardzo gdyż wokół panował nieprzenikniony mrok.
- Czy to ty? Jesteś Rion? - Głos starego mężczyzny wydawał się być ciepły i przyjemny dla ucha.
- Tak. Jestem Rion Aragert. - Przyznał blondyn.
- Wejdźcie do środka. Czeka nas ważna rozmowa.
Młodzi posłusznie wkroczyli do niewielkiej z zewnątrz chaty, która wewnątrz okazała się całkiem przestronna. Siwobrody rozpalił palenisko, które znajdowało się pośrodku pomieszczenia po czym gestem ręki nakazał Rionowi oraz swojemu wnukowi usiąść naprzeciw niego.
- Na imię mi Wastys. Mój wnuk zapewne zdążył Ci się już przedstawić. - Zaczął. - Wiem kim jesteś i dlaczego twój ojciec kazał Ci tu przybyć. Nie wiem jednak jak to się stało, że musiałeś tu dotrzeć. Opowiedz mi proszę, co Cię do tego zmusiło. Później postaram się odpowiedzieć na Twoje pytania.
Rion przez chwilę wiercił się w miejscu nie wiedząc od czego zacząć. Czuł się nieswojo.
- A więc... - Wyjąkał. - Mój ojciec jak i reszta rodziny nie żyją. - Dodał siląc się na spokojny ton. - Ojciec w swoich ostatnich słowach przekazał mi abym tu przybył. Jego przyjaciel pomógł mi tu dotrzeć przekazując mapę. Nie wiem dlaczego jestem tym, który musiał przeżyć. Podobno mój ojciec szykował zamach na życie obecnego króla, dlatego też został zabity i wiem, że w jakiś sposób jestem powiązany z tą sprawą.
Wastys lekko spiął się na tą wiadomość, jednak w głębi duszy wiedział iż nastąpiło to co było nieuniknione. Stało się. Wcześniej niż razem z Alrosem przewidywali, ale jednak. Nic już nie mógł na to poradzić. Podniósł starą, drewnianą fajkę z nad paleniska po czym głęboko zaciągnął się dymem aby następnie go wypuścić. Zauważył karcący wzrok wnuka. Palenie mu nie służyło.
- Rozumiem, młody Aragercie. Dziękuję, że mi to wytłumaczyłeś. - Zaczął po chwili ciszy. - Wiem, że zaboli Cię to co teraz powiem, ale słuchaj mnie uważnie. To prawda iż twój ojciec planował zamach na życie króla Zeriona Amarosa. - Mężczyzna bacznie obserwował mimikę blondyna. Ku jego zaskoczeniu chłopiec był nadzwyczaj spokojny, tak jakby spodziewał się tego co mu teraz powiedział. Mimowolnie uśmiechnął się widząc ogromną siłę drzemiącą w tym dziecku. - Lecz nie siedział w tym sam. - Kontynuował. - Również brałem w tym udział, jednak pięć lat temu wycofałem się z tego przedsięwzięcia. Miałem swoje powody. - Dodał szybko wiedząc jakie pytanie zamierza zadać niebieskooki. - Oprócz nas dwóch byli jeszcze inni. Plany zaczęliśmy snuć tuż po śmierci poprzedniego króla, Alteriona i królowej Karen. Z biegiem lat Ci którzy przestraszyli się wpływów tego głupiego, obecnego króla odmówili dalszego udziału w planie jednak obiecali dochować tajemnicy o jego istnieniu. Zostało niewielu sprzymierzeńców twojego ojca, większość z nich pochodzi zza granic królestwa co jak się zapewne domyślasz nie daje zbyt dużego pola do manewru. W Artei twój ojciec miał zaledwie czterech przyjaciół, którzy nie bali się konsekwencji niepowodzenia. Najwidoczniej jeden z nich bądź i wszyscy, zdradzili go. - Wastys znowu zaciągnął się dymem po czym nieśpiesznie wypuszczał go z ust. Dając chłopcu czas na przetrawienie tych informacji.
- Jednak. - Zaczął jasnooki. - Co to ma wspólnego ze mną? Kiedy żołnierze zaatakowali posiadłość, dobitnie dali do zrozumienia, że szukają mnie. - Blondyn jęknął sfrustrowany. Im więcej odpowiedzi, tym więcej pytań.
- Otóż to. Twój ojciec miał zamiar wdrążyć Cię w tę sprawę. Wiedział iż w razie niepowodzenia to ty przejmiesz jego pałeczkę. Chciał abyś poprowadził rebelię. Jak widać wszystko potoczyło się zbyt szybko, przez co nie miał czasu odpowiednio Cię przygotować. Masz dopiero dwanaście lat, prawda? - Zapytał.
- Tak. Ale skąd żołnierze wiedzieli, że to ja mam w przyszłości poprowadzić tą całą rebelię?
- Jak już mówiłem. Ktoś wydał twego ojca i jego plany wobec Ciebie. Każdy kto był wystarczająco blisko z Alrosem wiedział co zamierza w razie swojej śmierci. - Wyjaśnił mężczyzna.
- To wszystko? - Rion poczuł jak jego ciało ogarnia olbrzymie zmęczenie. Dwa, pełne wrażeń tygodnie wędrówki przyczyniły się do tego. Jednak musiał zadać jeszcze jedno, nurtujące go pytanie. - Dlaczego kazał mi udać się do Ciebie, skoro nie bierzesz udziału w zamachu?
- To proste. Jestem kimś godnym zaufania. Ja, który mieszkam w górach i nie interesuje się sprawami królestwa ani swoimi dobrami. Dla władzy jestem niewidzialny. Już dawno przestałem przejmować się losem ludności tego królestwa. Alros wiedział, że jeśli wyśle Cię do mnie nic na tym nie zyskam ani nie stracę. W sumie kiedyś mi o tym powiedział. Stąd też wiedziałem, że do mnie przybędziesz. Cóż... Myślałem, ze nastąpi to dopiero za parę lat, ale jak widać los lubi płatać figle. - Starzec spojrzał chłopcu w oczy i zadał pytanie, które miało zadecydować o przyszłości całego królestwa. - A czy ty chcesz tego co Twój ojciec? Chcesz zrzucić Zeriona z tronu i ocalić ten kraj przed upadkiem?
Blondyn siedział w bezruchu przez kilka minut. Amar, który cały czas siedział obok i tylko przysłuchiwał się rozmowie pomyślał, że dwunastolatek zasnął ze zmęczenia. Musiał przyznać, że jasnooki zaskoczył go kiedy po tych kilku, ciągnących się w nieskończoność minutach podniósł swój nad wyraz trzeźwy wzrok na jego dziadka.
- Nie wiem. - Powiedział głośno. - Nie mogę podjąć tak ważnej decyzji będąc tak słabym. Nie wiem mnóstwa rzeczy o tym królestwie. Wiem tyle co zostało napisane w książkach. Mój fechtunek również pozostawia wiele do życzenia. Amar bez problemu zestrzeliłby mnie z łuku w zupełnej ciemności w dodatku nawet nie zorientowałem się, że podszedł do mnie na tyle blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę do przodu aby go dotknąć. Na razie jestem zbyt słaby i zbyt głupi aby podjąć tak ważną decyzję.
Amar poczuł, że tymi kilkoma słowami chłopak zyskał jego szacunek. Nie każdy potrafiłby się przyznać, że jest coś czego nie potrafi. A szczególnie szlachcic.
Starzec uśmiechnął się szeroko. Odłożył fajkę na swoje miejsce po czym z dumą wpatrywał się w to dziecko, które mając tak silny charakter w tak młodym wieku mówi, że jest słaby i głupi. W tym momencie już wiedział. Wiedział co zrobi i był całkowicie pewien, że Alros przewidział tą sytuację.
- Posłuchaj chłopcze. Od dziś będziesz tu mieszkać. Nauczę Cię wszystkiego co potrafię, a kiedy nadejdzie czas, zdecydujesz co poczniesz. Czy obierzesz trudniejszą drogę i uratujesz królestwo? Czy może wybierzesz życie w spokoju i wykorzystasz wiedzę oraz siłę jaką Ci przekaże aby zadbać o swoje bezpieczeństwo? Póki co, odpocznij. Od jutra zaczniesz trening.
I tak zaczęła się moja historia...
Komentarze
Prześlij komentarz